KA Facebook Fanbox 1.1
Nowe Media/Publikacje/Prawo Autorskie
Publikacje
Prawo Autorskie

Prawo Autorskie (5)

  • 8 mitów na temat MP3

    Redaktor: Rafał Cisek piątek, 31 października 2003 03:27
    • #REF! 

      Temat mp3 budzi wiele kontrowersji. Szczególnie jeśli chodzi o rozpowszechnianie w tej formie cudzych (chronionych) utworów. Wielu osobom wydaje się, że „klasyczne” prawo nie dotyka nowej, wirtualnej przestrzeni, jaką jest Internet i otwarte sieci publiczne. Tworzy się więc mity i własne „reguły”, które mają usprawiedliwić łamanie praw autorskich w Internecie. Szczególnie, że u źródeł istnienia Internetu zawsze leżała swobodna wymiana myśli i „niekomercyjne” dzielenie się wszystkich ze wszystkimi.

      Zwolennicy mp3 i nieograniczonego obrotu nimi w Internecie często podkreślają, że podmioty (popularnie nazywane „właścicielami”) praw autorskich, szczególnie „przebrzydłe” komercyjne koncerny płytowe, egoistycznie chcą hamować rozwój nowych technologii, ograniczając do nich dostęp. Nie jest jednak wcale prawdą, że wytwórnie są nieczułe na postęp techniczny. Powstaje bowiem coraz więcej legalnych serwisów oferujących „autoryzowane” nagrania mp3. I wcale nie za wszystko trzeba płacić. Często oferowane są bowiem promocyjne (darmowe) single lub np. fragmenty ścieżek z albumów. I to jest zdecydowanie wspieraniem nowych technologii i wykorzystanie ich możliwości dające komfort obu „stronom” – podmiotom praw autorskich i nam, zwykłym słuchaczom, potencjalnym nabywcom legalnej muzyki. Jest zatem znaczna różnica między naprawdę „darmową” muzyką, która jest świadomie i celowo rozpowszechniana, za zgodą prawnoautorsko uprawnionych podmiotów, a muzyką – nie bójmy się użyć tego słowa – kradzioną, tzn. rozpowszechnianą w postaci mp3 bez autoryzacji.

      Użytkownicy mp3, w celu obalenia ewentualnych zarzutów łamania prawa, często też, podpierają się „dozwolonym użytkiem”, w opozycji do „komercyjnego” obrotu mp3, nie wiedząc tak naprawdę czego te pojecia dotyczą.

      Tak naprawdę jednak nie ważne jest czy ludzie używają formatu mp3, czy nie. Przecież mp3 jest tylko zaawansowaną technologią kompresji, jedynie nowym rodzajem „nośnika”, który nie niweluje istniejących praw autorskich, ani ich nie zmienia. Generalnie zatem jeżeli utwory muzyczne – nieważne czy w formacie mp3, czy innym – nie są autoryzowane przez twórcę lub producenta (ewentualnie inny podmiot), to tworzenie ich, a szczególnie rozpowszechnianie, jest nielegalne (chyba, że chodzi o prawdziwy uzytek osobisty).

      Mit 1.: Udostępnianie muzyki w Internecie nikogo nie krzywdzi, bo właściwie jest to swego rodzaju promowanie cudzej twórczości, a zatem wręcz pomaganie twórcom, a nie szkodzenie im (tym bardziej jeżeli udostępnia się cudze utwory innym za darmo) .

      Tak naprawdę to jedynie podmiot praw autorskich – tj. zazwyczaj twórca lub producent – jest uprawniony do rozporządzania dziełem i to jedynie on jest władny decydować czy w ogóle chce promować swoje dzieło (a wcale nie musi chcieć!) oraz w jaki sposób. Nie można zatem usprawiedliwiac łamania cudzych praw autorkich do utworu poprzez tego typu „postracjonalizację” działań niedozwolonych. Nie zastanawiaj się więc czy działasz na cudzą korzyść, czy nie, lecz po prostu zapytaj odpowiedni podmiot uprawniony (twórcę, producenta, itp.)

      Mit 2.: Jeżeli nie pobieram opłat za ściąganie z mojego serwera utworów, to moja działalność jest „legalna”.

      Nic bardziej mylnego! Jeżeli nie jesteś uprawnionym do rozporządzania utworem, i to w taki, a nie inny sposób (w ewentualnej licencji musi być dokładnie wyszczególnione pole eksploatacji utworu, która wyznacza zakres prawa do korzystania z danego utworu), nie możesz „sprzedawać”, ani nawet „rozdawać” chronionego utworu. Patrz również „Mit 1”.

      Mit 3.: Jeżeli wprowadzam do sieci muzykę nagraną z płyty CD, którą posiadam, nie łamię prawa autorskiego.

      Posiadanie egzemplarza płyty CD z muzyką, wcale nie oznacza „posiadania” samej muzyki. Możemy zatem swobodnie rozporządzać samą płytą (np. ją odsprzedać), nie możemy natomiast udostępniać w sieci nagrań z tej płyty, tak żeby każdy mógł je sobie „ściągać”, jeżeli nie dostaliśmy zgody właściciela praw autorskich na tego rodzaju rozpowszchnianie (musi to być zatem zgoda w ogóle na rozpowszechnianie, a do tego zgoda na taki, a nie inny właśnie sposób rozpowszechniania – w sieci).

      Mit 4.: Jeżeli tylko „ściągam” utwory z nielegalnego serwera, albo zgrywam utwory z płyt CD do plików mp3 na moim komputerze, to nie łamię prawa, bo robię to w ramach tzw. użytku osobistego.

      Te dwie sytuacje należy rozpatrzeć osobno. A więc na pewno ściąganie utworów z udostępnionych publicznie „nielegalnych serwerów”, nie mieści się w pojęciu dozwolonego użytku osobistego, które obejmuje krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa (krewni żony lub małżonka) lub stosunku towarzyskiego (kolega, znajomy). Poza tym czym innym jest pożyczenie znajomemu płyty CD z ulubionym wykonawcą, a co innego udostępnienie jej wszystkim potęcjalnie chętnym (to jest już przynajmniej nielegalne rozpowszechnianie). Natomiast samo przenoszenie muzyki z CD do formatu mp3 na komputerze, dla wyłącznie własnych potrzeb, będzie można porównać z przegraniem CD na kasetę w celu słuchanie jej potem np. w samochodzie.

      Mit 5.: Chociaż samo administrowanie serwerem z „nieautoryzowanymi” muzycznymi plikami (np. mp3) jest nielegalne, to jest w porządku prowadzenie serwisu z linkami do takich „nieautoryzowanych” plików. A więc jeżeli same pliki mp3 nie są na moim serwerze, to moje działanie jest legalne.

      Znowu nic bardziej mylnego! Odpowiedzialność za naruszenie praw autorskich nie jest ograniczona jedynie do osób, które bezpośrednio stworzyły nielegalne pliki mp3 lub nielegalnie wprowadziły je na swoje serwery. W polskim prawie istnieje bowiem instytucja współsprawstwa, która powoduje, że również linkowanie może zostać uznane za łamanie praw autorskich. Nie ma przy tym nawet znaczenia, to czy osoba linkująca nielegalne utwory ma świadomość łamania prawa (stara łacińska paremia mówi, że „nieznajomość prawa szkodzi” – zatem niewiedza nie może być usprawiedliwieniem dla współsprawcy łamania praw autorskich).

      Mit 6.: Przeniesienie „nieautoryzowanych” plików na serwer położony zagranicą, chroni mnie przed odpowiedzialnością.

      Po pierwsze polskie prawo będzie stosowane już wtedy, kiedy sam uploading albo downloading będzie się odbywał w Polsce. Po drugie większość krajów ma podobne rozwiązania prawne, jak w Polsce. „Ucieczka” zagranicę nie załatwia więc sprawy.

      mit 7.: Operator serwisu internetowego może oferować muzykę do downloadingu bez zgody włąścicieli praw autorskich, o ile obok plików mp3 z muzyką do ściągnięcia, zamieści jedną z notatek w rodzaju:

      • „Jeżeli ściągniesz ten plik, musisz w ciągu 24 godzin skasować go z twardego dysku”

      • „Musisz już posiadać płytę CD z tym utworem, żeby legalnie ściągnąć ten plik”

      • „Ten serwis jest jedynie dla celów promocyjnych”

      • „Proszę, wesprzyj artystę i kup to na CD”

      Nie ma żadnego znaczenia, ile tego rodzaju notek (w zamierzeniu „uchylających” odpowiedzialność) zostanie zamieszczonych w serwisie internetowym oferującym „nieautoryzowane” pliki mp3. Faktem bowiem jest, że każde reprodukowanie, oferowanie do dystrybucji lub dystrybuowanie chronionych nagrań, jest łamaniem prawa autorskiego.

      Mit 8.: Jeżeli na WWW nie ma notatki dotyczącej prawa autorskiego do utworów mp3 tam zamieszczonych, to znaczy, że utwory te nie są chronione i można je „ściągać”.

      W polskim prawie, każdy utwór jest chroniony jest już od samego momentu „ustalenia” (tzn., jak się przyjmuje, od momentu, gdy zapoznała się z nim przynajmniej jedna osoba poza twórcą), jeżeli tylko jest przejawem twórczości o indywidualnym charakterze. Ochrona nie jest zatem uzależniona od jakichkolwiek formalnych przesłanek w postaci rejestracji czy jakichś notek autorskich. Jeżeli zatem utwór jest twórczy i oryginalny, to musimy przyjąć automatycznie, że jest chroniony – niezależnie czy jest na ten temat jakakolwiek notka.

      Reasumując, należy stwierdzić, że - ściśle formalnie rzecz ujmując - większość obrotu mp3 w Internecie, to obrót nielegalny. Bez zgody odpowiednich uprawnionych podmiotów, można ewentualnie kodować w mp3 własne płyty CD – i to dla celów własnego użytku. Chodzi o sytuację, gdy np. chcemy słuchać tej muzyki przy pracy na laptopie lub z naszego przenośnego mp3 playera.

      W zasadzie każde inne działanie należy uznać za nielegalne. Narazić to nas może zarówno na sankcje karne (łącznie z przepadkiem całego sprzętu komputerowego, serwerów i innych urządzeń służących do tworzenia mp3 i ich rozpowszechniania w sieci oraz karą pozbawienia wolności – nawet do kilku lat), jak i cywilne (dwukrotność lub trzykrotność wynagrodzenia autorskiego oraz ewentualne, dodatkowo, naprawienie szkody majątkowej wynikłej z naruszenia praw autorskich).

      © 2001 Rafał Cisek

      #REF!
  • DivX ;) Kradzież z przymrużeniem oka?

    Redaktor: Rafał Cisek piątek, 31 października 2003 03:03
    • #REF! 

      Okazało się, że swobodne szafowanie „darmową” muzyką w Internecie to za mało. Jeżeli można ponad dziesięciokrotnie zmniejszyć objętość cyfrowo zapisanej muzyki przy utrzymaniu nadal jakości zbliżonej do audio CD (dzięki czemu można taką muzykę w miarę szybko przesyłać siecią-często łamiąc przy tym prawa autorskie), to dlaczego nie zrobić by tego samego z filmem – np. takim nagranym na DVD? Problem w tym, że na pomysł ten wpadli najpierw ludzie związani z Microsoftem, i to oni są właśnie jedynymi legalnymi „właścicielami” standardu MPG 4, znanego szerzej ze swej zwulgaryzowanej (czytaj kradzionej) postaci, kryjącej się pod tajemniczą nazwą DiviX ;)

      Ten porozumiewawczo-aluzyjny emotikon („przymrużenie oka”) na końcu nazwy, to nic innego, jak bezczelne przyznanie się do kradzieży i namawianie do niej. Używanie DiviXa może bowiem rodzić różne skutki prawne – i to dla wielu osób, nie tylko dla tych, którzy wykradli pomysł od Wielkiego Brata i z microsoftowego MPG4, stworzyli „własnego” darmowego DiviXa. Ci ostatni będą odpowiadać przede wszystkim za plagiat i nieuczciwą konkurencję

      Problemy prawne nie ominą jednak i zwykłych „użytkowników” DiviXa. Na pierwszym miejscu należy tu wspomnieć o kwestii praw autorskich do utworów kodowanych za pomocą technologii z „przymrużeniem oka”. DiviX, a właściwie mpg 4, jest bowiem niczym innym jak tylko jeszcze jedną zaawansowaną technologią kompresji (tak jak np. mp3, o której pisałem już w grudniowym CHIPie), jedynie nowym rodzajem „nośnika”, który nie niweluje istniejących praw autorskich, ani ich nie zmienia. Generalnie zatem jeżeli filmy – nieważne czy w formacie DiviX, czy innym – nie są autoryzowane przez twórcę lub producenta (ewentualnie inny uprawniony podmiot), to kodowanie ich w DiviXie, a szczególnie rozpowszechnianie, jest nielegalne (chyba, że chodzi o prawdziwy użytek osobisty – patrz grudniowy CHIP

      Jednak DiviX stawia nowe pytania natury prawnej, które mogą dotyczyć każdego z nas. Problematyka „tajemniczego uśmieszku” okazuje się bardziej zawiła i różnorodna niż w przypadku osławionego i „przerabianego” już przez prawników na wiele sposobów mp3. Powstaje np. pytanie, czy można w ogóle legalnie kodować do formatu DiviXa, skoro sama już technologia jest skradziona, a zatem nielegalna. Mam tu oczywiście na myśli sytuację, gdy np. dysponujemy prawami autorskimi do dzieła filmowego (np. do filmu amatorskiego, który sami zrobiliśmy) i chcemy je zakodować w formacie mpg4. Ponieważ nie chcemy jednak płacić za oryginalny codec MPG4 Microsoftu, używamy w tym celu „darmowego” codeca - DiviXa. Darmowego, ale kradzionego. Powstaje zatem pytanie, czy takie działanie jest legalne.

      Niestety, prawo wciąż nie nadąża za rozwojem nowych technologii, o czym świadczą choćby długie i głośne procesy Napstera, który wciąż próbuje uniknąć odpowiedzialności za szafowanie kradzioną muzyką”. W przypadku DiviXa jest jeszcze gorzej, bo na razie brak precedensów w ogóle. A szczególnie dotyczących przedstawianej problematyki. Osobiście, jako prawnik, opowiadałbym się jednak za uznaniem używania nielegalnej technologii za nielegalną, niezależnie od tego czy same utwory, które chcemy kodować są legalne czy też nie. Per analogiam, porównałbym bowiem taką sytuację do używania nielegalnej kopii oprogramowania – to tak, jakbyśmy się bronili, że to nie my utworzyliśmy nielegalną kopię, że my tylko jej używamy. Co za różnica? Z punktu widzenia prawa żadna

      Z filmami wiążą się jednak dalsze problemy. Choćby kwestia napisów. Większość filmów jest, mówiąc brutalnie, kradzionych z DVD lub kina. Są to często najnowsze, premierowe pozycje, które nie dotarły jeszcze nawet do Polski. Tłumaczeń nie ma więc w ogóle, zatem nie można ich nawet ukraść. Rodzi się więc nowy proceder – opracowywanie tłumaczeń. O ile bowiem panuje już w miarę powszechna świadomość, że wpuszczanie muzyki lub filmów do sieci i ich rozpowszechnianie bez zgody odpowiednich podmiotów praw jest nielegalne i może być ścigane (a zatem raczej nie umieszcza się już ich jawnie na stronach WWW, a jeśli już, to przynajmniej mocno ukrywa), o tyle brak takiej świadomości co do tłumaczeń (sam znalazłem setki „jawnie” ogłaszających się stron z całymi katalogami tłumaczeń). Wydawałoby się zatem, że własne tłumaczenia są jako takie legalne. Jednak sprawa nie jest taka prosta.

      Zgodnie z polskim prawem autorskim (podobnie zresztą, jak w większości zagranicznych ustawodawstw), samo tłumaczenie jest dziełem odrębnym od oryginału, choć zależnym od niego. Autorowi przysługują zatem prawa autorskie do tłumaczenia. Jednak samo tłumaczenie wymaga zgody właściciela praw do oryginału (na tym właśnie polega prawny i praktyczny zarazem sens wspomnianej „zależności”). Dodatkowo powstaje osobny problem prawa do integralności dzieła, bo przecież dystrybutor, ma prawo decydować o tym w jaki sposób rozpowszechniane przez niego dzieło będzie odbierane. A tłumaczenie zdecydowanie wpływa na sposób odbioru i rozumienia dzieła. O tak ważnych sprawach może decydować tylko i wyłącznie podmiot praw autorskich, a więc: po pierwsze o tym, czy pozwolić komuś na tłumaczenie w ogóle, po drugie, niezależnie od zgody czy też odmowy w pierwszej kwestii, to w gestii danego podmiotu praw do utworu jest wybranie tego właśnie, a nie innego tłumaczenia, jako nadającego się do dystrybucji z filmem (może być więc tak, że ktoś dostanie zgodę na tłumaczenie, ale to nie znaczy wcale, że potem dystrybutor, jako podmiot praw autorskich do rozpowszechniania danego filmu w Polsce, wybierze właśnie to tłumaczenie filmu, a nie inne

      Oczywiście, czym innym jest domowe tłumaczenie filmu na domowe potrzeby. Mam tu na myśli np. sytuację, gdy dostajemy od cioci ze Stanów film na video w oryginale - jeszcze przed premierą w Polsce. Takie tłumaczenie na potrzeby własne jest w pełni akceptowalne. Naruszeniem praw autorskich, jest natomiast nielegalne rozpowszechnianie na masową skalę własnych wersji tłumaczeń na stronach WWW. Nie ma tu bowiem mowy o własnym, dozwolonym użytku, gdyż dostęp do naszych stron ma nieograniczona i z góry nieokreślona liczba osób (a więc udostępniamy tłumaczenie publicznie). To już jest rozpowszechnianie – nielegalne przede wszystkim ze względu na brak zgody na tłumaczenie. Dodatkowo, jeżeli tłumaczenie takie jest rozpowszechniane z filmem nagranym w DiviXie, to narusza ono na pewno osobiste prawo autorskie w postaci prawa do integralności dzieła filmowego (ktoś przecież miał określoną wizję jego odbioru) – niezależnie od tego, że sama już dystrybucja filmu w DiviXie, bez zgody podmiotów uprawnionych, jest nielegalna.

      © 2002 Rafał Cisek

      #REF!
  • Prawo do "kopii prywatnej" a prawna ochrona technicznych środków zabezbieczeń po noweli prawa autorskiego w Niemczech

    Redaktor: Rafał Cisek wtorek, 28 października 2003 12:49
    • Nowelizacja niemieckiej ustawy o prawie autorskim - problem "kopii prywatnej" w świetle ochrony prawnej technicznych środków zabezpieczających przed kopiowaniem.

       

      13 września 2003 roku weszła w życie nowela niemieckiej ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych[1] (dalej: niemiecka PrAU), która miała na celu dostosowanie niemieckiego prawa do wymogów przewidzianych w Dyrektywie Unii Europejskiej dotyczącej koordynacji pewnych aspektów prawa autorskiego i praw pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym [2] (dalej: Dyrektywa), a także Traktatów Międzynarodowej Organizacji Własności Intelektualnej (Traktat o prawie autorskim i Traktat o artystycznych wykonaniach i fonogramach)[3], do których to regulacji Dyrektywa nawiązuje.

      Najwięcej kontrowersji wzbudziła regulacja art.53 niemieckiej PrAU, dopuszczająca reprodukcję utworów dla użytku prywatnego oraz pozostających w sprzeczności z nią art.95a-95c, gwarantujących ochronę prawną technicznych środków zabezpieczających przed kopiowaniem.

      Należy wspomnieć, iż Dyrektywa w art. 5 ust.2 pkt. b) pozostawia wyłącznej woli państw członkowskich decyzję, dotyczącą możliwości ustanowienia ograniczenia wyłącznego prawa reprodukcji na rzecz prywatnego użytkownika również w stosunku do zwielokrotniania na nośnikach cyfrowych. Jednocześnie obwarowane jest to warunkiem, iż podmioty uprawnione otrzymają w zamian uczciwe wynagrodzenie.

      Już wcześniej obowiązujący art.53 niemieckiej PrAU stanowił, iż reprodukcja dla użytku prywatnego jest dopuszczalna[4]. Nowela w sposób jednoznaczny rozwiała wątpliwości dotyczące zakresu uprzywilejowania prywatnego użytkownika poprzez wyraźne sformułowanie, iż sporządzanie kopii dla użytku prywatnego może mieć miejsce na "dowolnym nośniku", a wiec także w środowisku cyfrowym.

      Novum stanowi zapis, ograniczający uprzywilejowanie art.53 PrAU wyłącznie do zwielokrotniania utworów nie pochodzących "z oczywiście nielegalnego źródła". Ze względu na niejednoznaczność sformułowania "oczywiście nielegalne" może ono w przyszłości budzić szereg problemów interpretacyjnych oraz dowodowych.

      W dalszej części ustawy w art. 95 a PrAU ustawodawca wprowadza szczególną ochronę środków technicznych zabezpieczających przed kopiowaniem, a w art.95c zapisy dotyczące ustanowienia odpowiedniej ochrony prawnej elektronicznym środkom identyfikacji, które umożliwiają zarządzanie prawami autorskimi (tzw. Digital Rights Management). Normie art. 95 b przypada szczególna rola, ma ona mianowicie pogodzić regulacje z jednej strony gwarantujące możliwość ograniczenia wyłącznego prawa uprawionego na rzecz określonych w ustawie wyjątków dotyczących reprodukcji (a w wymienionych przypadkach także prawa rozpowszechniania) dla użytku prywatnego i publicznego z regulacjami przewidującymi ochronę prawną środków technicznych chroniących przed takim kopiowaniem. Przepis ten oparty jest na wskazaniach art. 6 ust. 4 Dyrektywy, która to przewiduje szczególny tryb łagodzenia skutków ochrony prawnej technicznych zabezpieczeń. Należy podkreślić, iż niemiecka ustawa stosując się do wymogów Dyrektywy, nie zezwala na tzw. "samopomoc" poprzez obchodzenie technicznych środków zabezpieczeń we własnym zakresie, nawet w sytuacji, gdy podmioty uprawnione w sposób nieuzasadniony uniemożliwiają do nich dostęp innym podmiotom. Dyrektywa w art.6 ust.4 pkt.1 wymieniając wyjątki od praw wyłącznych dla określonych przypadków użytku publicznego i prywatnego, wprowadza obowiązek podjęcia przez państwo członkowskie środków mających na celu umożliwienie w zagwarantowanym zakresie korzystanie z utworu uprawnionym podmiotom. Co do kwestii reprodukcji dla użytku prywatnego Dyrektywa zezwala państwom członkowskim na wprowadzenie analogicznego zapisu, jednakże w tym wypadku zapis ten nie ma już charakteru obligatoryjnego. Z tej możliwości nie skorzystał ustawodawca niemiecki i zgodnie z wymogiem Dyrektywy gwarantuje jedynie podjęcie przez państwo środków zmierzających do umożliwienia realizacji reprografii, a wiec reprodukcji na papierze lub innym podobnym nośniku. W stosunku do reprodukcji na nośnikach cyfrowych nie istnieje żadna możliwość wykonania tego prawa przez podmioty uprawnione na gruncie art.53 PrAU, o ile utwór jest technicznie chroniony przed kopiowaniem. W efekcie należy się spodziewać, iż w niedalekiej przyszłości sprzedawane utwory będą całkowicie wyposażone w środki zabezpieczające je przed kopiowaniem, a obchodzenie lub usuwanie tych zabezpieczeń obłożone sankcjami, co może doprowadzić, iż art.53 PrAU w zakresie reprodukcji na nośnikach cyfrowych pozostanie martwym przepisem.

      Na szczególną uwagę zasługuje również ustęp trzeci art.95b. Przepis ten ma zastosowanie do wszystkich wyjątków autorskich praw wyłącznych uprawnionego, a wiec i reprodukcji dla użytku prywatnego. Przepis ten jest literalnym powtórzeniem art. 6 ust.4 pkt. 4, który to wprowadza zastrzeżenie, iż wcześniej wymienione regulacje nie mają zastosowania do umownie regulowanych przypadków korzystania z utworów publicznie udostępnionych w taki sposób, "aby każdy mógł mieć do niego dostęp w miejscu i czasie dowolnie przez siebie wybranym". Oznacza to, iż w stosunku do utworów udostępnionych na skutek zawarcia umowy w sposób interaktywny za pomocą Internetu o możliwości zwielokrotniania utworu do użytku prywatnego decydować będzie wyłącznie uprawniony. Z chwilą powstania właściwej infrastruktury do użycia środków pozwalających na wprowadzenie takich urządzeń identyfikujących, które umożliwiają sterowanie kto, kiedy i w jakim zakresie może utwór wykorzystywać, należy sądzić, iż możliwość zwielokrotnienia utworu zakupionego przez Internet będzie przez uprawnionego umownie zawsze wykluczona.

      Podsumowując należy stwierdzić, iż mimo wyraźnego zapisu art.53 niemieckiej PrAU zezwalającej na zwielokrotnianie utworów w ramach użytku prywatnego na dowolnym nośniku, a więc także cyfrowym, na gruncie obowiązujących przepisów ustawy nie istnieją żadne środki prawne umożliwiające skuteczne wyegzekwowanie tego prawa w stosunku do reprodukcji w środowisku cyfrowym w przypadku uniemożliwienia tego przez podmioty dysponujące prawami wyłącznymi.

      Małgorzata Zmysłowska


      [1] Gesetz über Urheberrecht und verwandte Schutzrechte vom 9.09.1965, BGBI. I S.1273 z późniejszymi zmianami znowelizowana ustawą Gesetz zur Regelung des Urheberrechts in der Informationsgesellschaft, BGBI. 2003, Teil I Nr.46, 1774.

      [2] Richtlinie 2001/29/EG des Europäischen Parlaments und des Rates vom 22. Mai 2001 zur Harmonisierung bestimmter Aspekten des Urheberechts und der verwandten Schutzrechte in der Informationsgesellschaft, ABl. EG L 167 z 22 czerwca 2001 r.

      [3] World Intellectual Property Organization (WIPO); WIPO Copyright Treaty (WCT); WIPO Performances and Phonograms Treaty (WPPT).

      [4] Art. 53 niemieckiej PrAU , podobnie jak i art.5(2) pkt.b Dyrektywy a inaczej aniżeli art.23 polskiej ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych ogranicza korzystanie z utworu w ramach użytku prywatnego wyłącznie do prawa reprodukcji.

      #REF! Małgorzata Zmysłowska
  • Polskie Malawi - jezioro goryczy?

    Redaktor: Rafał Cisek środa, 23 kwietnia 2003 08:00
    • O granicy ochrony osobistych praw autorskich w Internecie...

      KONTEKSTY:

       

      W Sądzie Okręgowym w Poznaniu zapadł niedawno precedensowy w skali naszego kraju wyrok dotyczący osobistych praw autorskich w Internecie[1]. Chodzi o akwarystyczny serwis Malawi.pl (Malawi to trzecie co do wielkości jezioro w Afryce, w którym kwitnie bujne życie podwodne). Serwis początkowo współtworzyło parę osób. W pewnym momencie doszło jednak do secesji i grupa pierwotnych twórców (założycieli) Malawi.pl stworzyła nowe, odrębne przedsięwzięcie - w ramach domeny Malawi.org.pl.  Przy "starym" Malawi pozostał jedynie Krzysztof K., któremu proces wytoczyła działająca już w ramach nowego serwisu Marzenna K.

      Powódka twierdzi, że po jej odejściu z Malawi.pl, serwis ten nie może już zamieszczać jej akwarytycznych tekstów, opracowań i tłumaczeń. Powołuje się przy tym w swoim pozwie na art. 16 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, traktujący o treści osobistych praw autorskich do utworu. Zgodnie z tym artykułem, „jeżeli ustawa nie stanowi inaczej, autorskie prawa osobiste chronią nieograniczoną w czasie i nie podlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem, a w szczególności prawo do: (…) 5) nadzoru nad sposobem korzystania z utworu”.  Powódka twierdzi – powołując się na orzecznictwo Sądu Najwyższego - że wspomniana osobista więź twórcy z dziełem jest tak daleka, iż daje podmiotowi praw autorskich uprawnienie nawet do wstrzymania dalszego rozpowszechniania dzieła, a więc w istocie do wycofania go z obiegu.

      Argumentując dalej, Marzenna K. podnosi, iż co prawda, udostępniła nieodpłatnie artykuły swojego autorstwa do wykorzystania i umieszczenia na witrynie www.malawi.pl, ale takie udostępnienie utworu nie stanowi - jej zdaniem – „zrzeczenia się autorskich praw osobistych”, w tym prawa do dysponowania własnym utworem, oraz nie ma charakteru bezterminowego. Równocześnie powódka podnosi, iż w omawianej sprawie nie zachodzi dozwolony własny użytek osobisty (obejmujący krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego), skoro do udostępnionej publicznie w Sieci strony WWW pozwanego  ma dostęp potencjalnie nieograniczony krąg odbiorców. W związku z powyższym, opierając swe żądanie na art. 78 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych[2], wobec wycofania swej pierwotnej zgody na prezentowanie swoich utworów na witrynie internetowej  pozwanego, powódka wniosła o nakazanie Krzysztofowi K. usunięcia z www.malawi.pl artykułów i tłumaczeń autorstwa powódki, oraz o nakazanie pozwanemu przeproszenia powódki za wykorzystywanie jej utworów, po cofnięciu danej przez nią wcześniej zgody na ich publikację.

      Sąd Okręgowy w Poznaniu przychylił się do petitum pozwu, nakazując Krzysztofowi K. usunąć materiały sygnowane nazwiskiem powódki z serwisu Malawi.pl. Kazał również jemu przeprosić powódkę (co ciekawe i też precedensowe w polskim procesie, przeprosiny mają być zamieszczone, zgodnie z żądaniem powódki, w Internecie - na listach dyskusyjnych) oraz zasądził od pozwanego na rzecz powódki 1800 zł kosztów postępowania.

      Pozwany K. jest rozgoryczony wyrokiem. Twierdzi, że  początkowo razem z powódką - w ramach dzielenia wspólnej pasji - amatorsko tworzył serwis Malawi.pl, wypełniając go treścią. Teraz powódka chce tworzyć alternatywny serwis i dlatego wycofuje daną mu wcześniej zgodę na publikację. Sąd jednak uznał - jak podaje Malawi.org.pl (czyli "nowe" Malawi) - "że prawa autorskie (...) zostały pogwałcone i że jako autor ma ona (powódka - RC) prawo chronić swoje prace w wybrany przez nią sposób". A zatem również przez wycofanie uprzedniej zgody na zamieszczenia autorskich materiałów w innym serwisie? Wyrok nie jest prawomocny.

                  Tak naprawdę wyrok jest istotny nie dlatego, że po raz pierwszy chyba w Polsce dotyczy stosunkowo nowego medium, jakim jest Internet i kwestii ochrony w nim praw autorskich, ale przede wszystkim dlatego, że Sąd Okręgowy w Poznaniu, uznał, iż autor może w każdej chwili cofnąć daną wcześniej bezwarunkowo i bezpłatnie zgodę na publikację (czy raczej – jeżeli mówimy o Internecie – rozpowszechnianie) – uznając w ten sposób prymat osobistych praw autorskich nad zasadą wywiązywania się z umów (pacta sunt servanda) oraz bezpieczeństwem i pewnością obrotu prawnego.

       Czy można cofnąć zgodę na rozpowszechnianie utworu?
       

      To chyba najistotniejsze pytanie, które zostało postawione na Sali sądowej w omawianym kazusie. Oto bowiem powódka pierwotnie wyraziła zgodę na „publikację”[3], a potem – powołując się na swoje interesy twórcze i zawodowe, wycofała swą zgodę. Czy mogła? Sąd Okręgowy w Poznaniu uznał, że tak.

      Rozważania na temat opisanego wyżej nieprawomocnego wyroku Sądu Okregowego, należy zacząć od charakteru udzielonej pierwotnie przez powódkę zgody na „publikację”.

      Otóż, niewątpliwie, w świetle polskiego prawa autorskiego (jak i zresztą zagranicznego) nie może być w ogóle mowy o zrzeczeniu się osobistych prawa autorskich. Zgodnie z art. 16 prawa autorskiego jest to niedopuszczalne, skoro „autorskie prawa osobiste chronią nieograniczoną w czasie i nie podlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem”.

      W świetle ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych nie mogło  też dojść do przeniesienia majątkowych praw autorskich do utworów powódki. Bezwzględnie obowiązujący przepis art. 53 ustawy, stanowi bowiem, że „umowa o przeniesienie autorskich praw majątkowych wymaga zachowania formy pisemnej pod rygorem nieważności”, podczas gdy w omawianej sprawie mieliśmy jedynie do czynienia z umową ustną, pozwalającą na bezpłatne zamieszczenie dzieł Marzenny K. w serwisie www.Malawi.pl (co jest akurat bezsporne w procesie).

      Powstaje więc pytanie o charakter tej zgody, oraz czy rzeczywiście zgoda taka mogła zostać cofnięta.

      Niewątpliwie, jeżeli nie doszło do przeniesienia autorskich praw majątkowych, to zgodę taką należy uznać za rodzaj bezpłatnej, licencji. Tu powstaje pytanie czy owa licencja była – jak twierdzi pozwany – rzeczywiście bezterminowa, czy też – zgodnie z twierdzeniami powódki – w omawianej sytuacji nie może być mowy o nieograniczonym czasowo zasiągu takiej ustnej umowy.

      Zgodnie z art. 66 ust. 1 pr. aut., „umowa licencyjna uprawnia do korzystania z utworu w okresie pięciu lat na terytorium państwa, w którym licencjobiorca ma swoją siedzibę, chyba że w umowie postanowiono inaczej”. Równocześnie ustęp 2. powołanego artykułu stanowi, że po upływie 5 lat, prawo uzyskane na podstawie umowy licencyjnej wygasa. Z artykułem 66, koresponduje art.. 68, zgodnie z którym, jeżeli umowa nie stanowi inaczej, a licencję udzielono na czas nie oznaczony, twórca może ją wypowiedzieć z zachowaniem terminów umownych, a w ich braku  na rok naprzód – na koniec roku kalendarzowego, przy czym za licencję udzieloną na czas nieokreślony, uważa się – w świetle ustępu 2. – licencję udzieloną na czas dłuższy niż 5 lat[4].

      A zatem, w świetle powołanych przepisów, należy uznać, iż w omawianym kazusie mamy do czynienia z bezpłatną licencją uprawniającą do korzystania z utworu w okresie pięciu lat. Dopiero, gdyby umowa została zawarta na okres dłuższy niż 5 lat, można by uznać, że jest ona zawarta na czas nie oznaczony, co miałoby skutki co do możliwości i terminów wcześniejszego wypowiedzenia jej przez twórcę.

      Skoro więc Krzysztof K. uzyskał w bezpłatne uprawnienie do bezpłatnego korzystania z utworów powódki w okresie pięciu lat na terytorium Polski, to na jakiej podstawie Marzenna K. mogła żądać od niego zaprzestania prezentacji swych utworów na stronie WWW pozwanego?

      Okazuje się, że prawo autorskie to bardzo silny instrument w rękach twórcy, a ustawowo usankcjonowana niezbywalna i nieograniczona czasowo szczególna osobista więź twórcy z jego dziełem została w istocie wyniesiona przez ustawodawcę ponad generalną zasadę pewności obrotu.  Zgodnie bowiem z art. 56 ust. o pr. aut., „twórca może odstąpić od umowy lub ją wypowiedzieć ze względu na swoje istotne interesy twórcze”. W istocie, uprawnienie to jest niczym innym, jak skonkretyzowaniem praw osobistych z artykułu 16, a w szczególności prawa do  nadzoru nad sposobem korzystania utworu, wymienionym jako punkt 5. przykładowego katalogu uprawnień twórcy o charakterze osobistym. Jak słusznie zauważają Barta i Markiewicz w swym komentarzu, uznanie charakteru majątkowego uprawnienia z art. 56 prowadziłoby do zniweczenia jego funkcji, skoro ten „autorski przywilej”, związany ze szczególnym respektowaniem przez polskie prawo osobistej więzi twórca-dzieło, mógłby zostać przeniesiony na kontrahenta razem z innymi prawami majątkowymi.

      Jak się zaznacza, wymieniona regulacja obejmuje zarówno umowy o przeniesienie majątkowych praw autorskich, jak i umowy licencyjne, o czym świadczy użyte przez ustawodawcę sformułowanie „nabywca” lub  „licencjonobiorca” jako określenie kontrahenta twórcy[5].

      Najistotniejszą kwestią pozostaje wyjaśnienie nieostrego pojęcia „interesy twórcze”. Wszakże wymieniony przepis jest w istocie odstępstwem od starej zasady pacta sunt servanda i jego prawidłowa interpretacja ma ogromne znaczenie dla pewności obrotu.

      Jak się generalnie przyjmuje, „interesy twórcze” wchodzą w skład pewnych wartości pozamajątkowych, chociaż – oczywiście – mogą mieć wpływ na sferę majątkową uprawnionego[6]. Równocześnie należy przyjąć, że interesy te należy odnosić indywidualnie – do konkretnej osoby, autora, a nie in abstracto (np. oceniając ogólny interes twórców), co nie przeczy temu, że potrzebna jest pewna obiektywizacja tych interesów przy jej konkretnej ocenie. Wątpliwości będzie musiał rozstrzygnąć sąd.

      Tak więc twórca, powołując się na konkretne interesy twórcze, które powinien wskazać, może albo od zwartej już umowy odstąpić, albo ją wypowiedzieć. Odstąpienie od umowy lub jej wypowiedzenie następuje poprzez jednostronne oświadczenie woli i jest skuteczne z chwilą, gdy dotrz ono do adresata w taki sposób, że może on zapoznać się z jego treścią (art. 61kc).

      Różnica w formie rozwiązania istniejącej umowy jest znaczna. Oto bowiem, odstąpienie wywołuje skutki wsteczne - ex tunc - czyli powoduje przywrócenie stanu sprzed zawarcia umowy i powstanie sytuacji, jak gdyby umowa w ogóle nie została zawarta. Oczywiście, w związku z tym, zgodnie z art. 59 i 494, strony powinny zwrócić sobie nawzajem wszystko, co od siebie otrzymały z tytułu wykonania zniweczonej umowy. Oprócz tego kontrahent twórcy ewentualnie może wystąpić z roszczeniami z tytułu niewykonania umowy.

      Z kolei rozwiązanie umowy ma skutki jedynie na przyszłość (ex nunc).

      Następna strona (2/2) Następna strona


      [1] Wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu z dnia 6 sierpnia 2002 roku, sygn. akt I.C.548/02.

      [2] Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych  (Dz.U.00.80.904.), zwana dalej ustawą lub ust. pr. aut.

      [3] W przypadku witryn internetowych – formalno-prawnie rzecz ujmując – trudno mówić o publikacji, skoro zgodnie z ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych, publikacja to szczególny rodzaj rozpowszechniania, który wiąże się ze zwielokrotnieniem i publicznym udostępnieniem fizycznych egzemplarzy nośnika, na którym utrwalony jest utwór – por. art.  6 pkt 1.:  utworem opublikowanym jest utwór, który za zezwoleniem twórcy został zwielokrotniony i którego egzemplarze zostały udostępnione publicznie. W Internecie natomiast – wobec braku fizycznego nośnika – mamy tak naprawdę do czynienia co najwyżej z rozpowszechnieniem – art. 6 pkt 3 ustawy: utworem rozpowszechnionym jest utwór, który za zezwoleniem twórcy został udostępniony publicznie. Pojęcia publikacja i rozpowszechnienie krzyżują się więc, przy czym rozpowszechnienie jest pojęciem szerszym (każda publikacja jest rozpowszechnieniem, nie każde natomiast rozpowszechnienie jest publikacją).

      [4] Za taką interpretacją przemawia interpretacja art. 68 w kontekście art. 66. Zgodnie z przyjętą doktryną, „postanowienie zamieszczone w ustępie 2 tego artykułu (art. 68 – RC) nie ma >>charakteru autonomicznego<<, lecz odnosi się wyłącznie do sytuacji opisanej w ust. 1. Oznacza to, że w przypadku zawarcia umowy licencyjnej na okres oznaczony w latach i dłuższy niż pięć lat – umowa ta wygasa po upływie czasu w niej oznaczonego. Jedynie z punktu widzenia możliwości wypowiedzenia takiej umowy przez licencjodawcę – na podstawie art. 69 ust. 1 – traktuje się ją jako umowę zawartą na czas nieoznaczony.” (Barta Janusz, Markiewicz Ryszard [red.], Komentarz do ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Dom Wydawniczy ABC, Warszawa 1995 r., s. 68).

      [5] Barta J., Markiewicz R. [red.], Komentarz …, s. 297.

      [6] Ibidem.

      Nowe medium, nowe problemy.

      Niejako przy okazji rozważań nad omawianym wyrokiem sądu z Poznania, nasuwa się kwestia oceny „publikacji” autorskich materiałów w Internecie. Zauważmy bowiem, że w przeciwieństwie do papierowych publikacji, medium internetowe wykazuje się swoistą „ciągłością” i rozmyciem granicy między aktualnie „publikowanym” materiałem, a materiałem opublikowanym wcześniej (archiwalnym), który dostępny jest przeważnie w ramach danego serwisu w dowolnym czasie i z dowolnego miejsca w Sieci (on demand – na żądanie). A zatem o ile przy odstąpieniu od umowy, nie podlega dyskusji, że – jeśli tylko były słuszne podstawy do takiego odstąpienia – kwestionowany materiał powinien być całkowicie usunięty z serwisu WWW, o tyle w przypadku wypowiedzenia umowy – można by się zastanawiać, czy byłoby ewentualnie możliwe jego istnienie – ale tylko w ramach archiwów serwisu (tzn. w sytuacji, gdy tego typu materiał byłby dostępny tylko w wydzielonej części archiwalnej, a nie np. z poziomu strony głównej, czy danego działu tematycznego z aktualnymi informacjami).

      Poza tym – w przypadku Internetu - pojawia się problem ewentualnej odpowiedzialności dostawcy usług internetowych (ISP – Internet Serwis Provider) czyli właściciela serwera na którym znajdowały się sporne materiały.

      Nadużycie prawa?

      Na kanwie omawianego kazusu powstaje też pytanie o stosunek cofnięcia zgody na rozpowszechnianie materiałów autorskich w Internecie do zasad współżycia społecznego. Rozumiejąc bowiem słuszne interesy autora, należy równocześnie zadać pytanie, czy czasem wobec odwetowego charakteru cofnięcia licencji, prawo podmiotowe powódki, zasługuje na ochronę. Wszakże Marzenna K. najpierw udzieliła zgody na nieodpłatne korzystanie z owoców jej pracy w ramach współtworzonego z pozwanym projektu www.malawi.pl , a potem w wyniku kłótni, odeszła by stworzyć konkurencyjny serwis www.malawi.org.pl. Rodzić się może wątpliwość czy powoływanie się przez nią w procesie na interesy twórcze nie jest, w świetle okoliczności sprawy, nadużyciem prawa podmiotowego. Artykuł 5 kodeksu cywilnego stanowi bowiem, że „nie można czynić ze swego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego. Takie działanie lub zaniechanie uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony”. Z drugiej jednak strony, doktryna i sądy n niechętnie patrzą na próby unicestwiania bezwzględnych praw podmiotowych za pomocą klauzul generalnych. Mogą one natomiast stanowić pewien argument posiłkowy, np. przy interpretacji art. 56 i pojęcia „istotnego interesu twórczego”. Sąd Okresowy w Poznaniu, uznał, iż istotny interes twórczy powódki zasługiwał na ochronę.

      Autorowi wszystko wolno?

      Reasumując, należy stwierdzić, że poznański Sąd Okręgowy, w swym orzeczeniu dał wyraz swoistego prymatu autorskich praw osobistych i idącej za nimi szczególnej – osobistej, niezbywalnej i nieograniczonej czasowo - więzi autora ze swoim dziełem, nad bezpieczeństwem obrotu i zasadą pacta sunt servanda. Może to prowadzić w skrajnych przypadkach do zbytniej absolutyzacji osobistych prawa autorskich, co nie sprzyja obrotowi własnością intelektualną, szczególnie w dobie Internetu i postulowanej szeroko swobody i powszechności dostępu do informacji. Ponadto osłabienie bezpieczeństwa obrotu prawami majątkowymi, może doprowadzić do wyrządzeniu znacznych szkód wtórnym podmiotom praw autorskich, które w dobrej wierze – odpłatnie lub nieodpłatnie – nabyli swe prawa. W konsekwencji - być może – spowoduje to też znaczny spadek wartości tych praw lub spadek zainteresowania nimi.

      © 2002 Rafał Cisek
      (HTML ver. 23.09.03)



      KONTEKSTY:

  • Wycofanie utworu z obiegu w Internecie

    Redaktor: Rafał Cisek niedziela, 06 kwietnia 2003 17:35
    • W Sądzie Okręgowym w Poznaniu zapadł niedawno precedensowy w skali naszego kraju wyrok dotyczący ochrony osobistych dóbr autorskich w Internecie[1]. Orzeczenie to, w zasadzie sankcjonujące w sposób bezwarunkowy prawo autora do wycofania z obiegu w Internecie swego dzieła, ze względu na pobudki natury ambicjonalnej – mimo udzielonej wcześniej zgody na elektroniczną publikację – skłania do głębszej refleksji nad treścią osobistych prawa autorskich, a w szczególności nad tym, jak daleko sięgają w istocie osobiste uprawnienia twórcy do autorskiego nadzoru nad sposobem korzystania z utworu (Kazus Malawi.pl).


Kancelaria Prawna | Kancelaria Prawa Gospodarczego i E-commerce
PolskiProgram.pl